Znamy San Francisco z różnych filmów, znamy też z piosenki Golec Łorkiestra (że było klepisko, a będzie San Francisko). Natomiast jak się tu człowiek znajdzie, to raczej wątpi, żeby w tak pofałdowanym i wietrznym terenie mogło być wcześniej sensowne klepisko. Jak twierdzi
Wikipedia, w 1776 roku Hiszpanie na ziemiach ludu Ohlone założyli fort, a następnie misję imienia św. Franciszka z Asyżu. Indianie Ohlone, podobnie jak większość Indian kalifornijskich, byli ludem zbieracko-łowieckim, więc klepisko było im raczej niepotrzebne i nieznane. No ale
francisko rymuje się z
klepisko i w taki oto sposób kultura popularna przyczynia się do błędnych skojarzeń (przynajmniej w moim przypadku skojarzenie
klepisko-san francisko zostało wyprostowane dopiero po przyjeździe tutaj). Ale zostawmy tak dalekie dygresje i skupmy się na bliższych. Zauważyłem na obszarze San Francisco wielu potencjalnych potomków Indian Ohlone parających się fachem zbieracko-łowieckim: grzebią w koszach na śmieci, usiłują złowić parę groszy na przeżycie albo koczują w parkach, na ławkach, czy na molach (liczba mnoga, bo w SF jest niejedno fajne molo, czyli w lokalnym dialekcie:
pier). Nie są groźni dla turystów (przynajmniej za dnia), jeśli stosować się do porad z przewodników turystycznych, żeby ich zupełnie ignorować. Chodzi oczywiście o bezdomnych, którzy zaniedbani, ogorzali i chodzący z błędnym spojrzeniem, mamrocząc coś niezrozumiałego do siebie mogą przypominać Indian w transie po spożyciu ziół od szamana. Zioło jest akurat w Kalifornii legalne i egalitarne - czuć je zarówno przy grupkach bezdomnych, jak i w ekskluzywnych dzielnicach miast.
To ciekawe, że San Francisco - jakby z duchem swego patrona - przygarnia wszelkie zwierzątka. I - nie przejmując się poprawnością polityczną - owe zwierzątka, to są w tym przypadku bezdomni. I nie chodzi mi o to, że Indian porównuję ze zwierzątkami, tylko, że bezdomni to tutaj kategoria gorsza niż zwierzątka domowe. Przypuszczam, że jest ich w San Francisco więcej niż wszelkich kotków, piesków i świnek razem wziętych. Ale nie jest to chyba reprezentatywne dla całej Ameryki, bo SF słynie z tego, że jest bardzo przyjazne dla bezdomnych, więc ściągają tutaj jak do jakiejś swojej mekki (taki mają tu klimat). Jest w SF wiele miejsc, gdzie otrzymują bezpłatną pomoc (w tym także medyczną) i nie widziałem, żeby policja ich przeganiała z trawników, z ławek w parkach, czy ze wspomnianych już mól lub deptaków. Trzy światy - turyści, lokalsi i bezdomni - funkcjonują bezkolizyjnie i harmonijnie. Przynajmniej za dnia, bo w przewodnikach dla turystów są podane dzielnice, gdzie po zmroku lepiej się nie zapuszczać. Jedną z nich jest dzielnica Tenderloin (pol. polędwica, u nas raczej nie kojarzy się negatywnie, ale tam z łapówkami, przekrętami itp.), jednakże spacerując nawet za dnia bocznymi uliczkami sąsiadującej z Tenderloin dzielnicy Chinatown miałem pewne obawy, czy zaraz nie wyskoczy z ciemnego zaułka jakiś Brus Li, żeby pozbawić mnie kamery i portfela. I wyskoczył, ale na szczęście tylko na ściennym muralu. Tak - przy głównej ulicy Chinatown jest duży mural z Brusem Li i wszyscy skośnoocy robią sobie przy nim zdjęcia. A bladolicy i prostoocy robią zdjęcia swoim dzieciom grającym razem z chińskimi ulicznymi muzykami.

Wspomniałem na początku o bezdomnych, bo nie sposób ich nie zauważyć i nie wspomnieć pisząc kilka słów o San Francisco. To oczywiście oddzielny świat rządzący się swoimi regułami i można by niejedną pracę doktorską zrobić na podstawie samych tylko obserwacji tych ludzi wypchniętych przez (bądź co bądź niejako) rozwiniętą cywilizację na margines.Trudno przejść nad bezdomnymi do porządku dziennego, ale 300-milionowy naród przechodzi, a nawet nasz 38-milionowy przechodzi, więc trzeba się dostosować. W każdym razie tutaj wyglądają, jak z zupełnie "innego filmu", jak jakieś popsute roboty (skrót SF może się więc kojarzyć z science-fiction).
Natomiast wracając do SF, jako San Francisco, to miasto to ma nieco więcej mieszkańców niż taki np. Kraków (prawie 900 tys.), natomiast obszarowo jest od miasta Kraka trzy-krotnie mniejsze. Co prawda nie ma rzeki, ale ponieważ leży na półwyspie między zatoką, a Pacyfikiem, to ma dość długą i urozmaiconą linię brzegową.
W odległości ok. 3,5 mili od brzegu SF mamy wysepkę z wszystkim znanym więzieniem Alcatraz.
Gdy Alcatraz było więzieniem, to dość trudno się było z niego wydostać. Natomiast teraz, gdy jest muzeum, to niełatwo się tam dostać. Jeśli ktoś chce odwiedzić to miejsce, to powinien wykupić bilet do Alcatraz zaraz po otrzymaniu wizy amerykańskiej, bo bilety są wyprzedane kilka miesięcy do przodu.
Z innymi atrakcjami nie ma aż takiego problemu - most Golden Gate jest otwarty całą dobę (tylko trzeba się ciepło ubrać, bo strasznie tam wieje).
Chociaż nie wiem, dlaczego akurat ten most jest tak popularny, gdyż niedaleko jest Oakland Bay Bridge, który jest znacznie dłuższy i dwupoziomowy!
Ale Golden Gate Bridge występował w wielu filmach no i jest chyba położony bardziej malowniczo:
San Francisco, to także ciekawa architektura
Widoczne na zdjęciu SFOMA, to muzeum sztuki współczesnej (w znaczeniu bardzo nowożytnej - powiedzmy od "Fontanny" Marcela Duchampa). No bo to przecież stosunkowo młody naród.
No ale więcej ludzi jest na różnych molach
Na krańcach mola widać Chińczyków łowiących ryby. Natomiast nie wszystkie ryby są tutaj zalecane do spożycia:
Przy jednym z nadbrzeży mamy okręt, który uczestniczył w lądowaniu w Normandii
i zaraz obok okręt podwodny, którym można odbyć wycieczkę w głębiny.
Ale nie da się ukryć, że tu wciąż wykorzystują Murzynów! 😉
Na zdjęciu tego nie widać, ale ten kosiarz, to Afroamerykanin.
Pisząc o San Francisco nie sposób nie wspomnieć o Golden Gate Parku, który ma ciekawą roślinność i wiele różnych atrakcji począwszy od spoglądającego na Pacyfik holenderskiego wiatraka
przez ogród botaniczny, palmiarnię i ogród japoński
Jest też ciekawe muzeum (Academy of Sciences) oraz muzeum sztuki współczesnej
Jest to jeden z największych parków miejskich w USA.
Dużo można by jeszcze napisać o San Francisco, bo to bardzo ciekawe, różnorodne miasto, chlubiące się liberalnym, akceptującym wszelką odmienność środowiskiem i prawodawstwem. To tutaj powstała pierwsza w USA dzielnica LGBT (
gay district Castro - nazwa pochodzi od głównej ulicy Castro, ale nie chodzi o kubańskiego Castro, tylko o meksykańskiego działacza wolnościowego Jose Castro z I połowy XIX wieku).

Wszędzie jest pełno kolorowych flag, znaków i plakatów, nawet pasy na przejściu dla pieszych są tu w kolorach tęczy. Przybysz z dość konserwatywnego europejskiego kraju może poczuć się w takiej dzielnicy nieco dziwnie. Zdziwiło mnie na przykład to, że widząc idących ulicą dwóch facetów zastanawiam się, czy stanowią parę, czy to tylko znajomi (nie zauważyłem, żeby manifestowano tu publicznie związki).