środa, 26 grudnia 2018

Kalifornijskie winnice cd. (2)

Najbardziej znane kalifornijskie winnice znajdują się w dolinach Napa i Sonoma położonych jakieś 100 km na północ od San Jose, między stolicą Kalifornii Sacramento i Pacyfikiem. Jeszcze kilkanaście lat temu można było zwiedzając te winnice bezpłatnie degustować oferowane wino, jednak teraz koszt degustacji to przynajmniej 25 USD, a niektóre życzą sobie nawet 300 USD i do tych najbardziej obleganych trzeba się wcześniej zapisywać na degustacje. Może wynika to z tego, że winiarze muszą inwestować nie tylko w same winnice, ale i atrakcje, które przyciągną zwiedzających i rozsławią markę. Tak więc mamy w rejestracji ukrytą w górze i otoczoną fontannami oraz nowoczesnymi rzeźbami winnicę Artesa w miejscowości Napa. Jest winnica miłośnika Toskanii, który postawił sobie całkiem udaną replikę włoskiego zameczku, winnica miłośnika architektury Gaudiego, winnica niemieckich emigrantów z połowy XIX wieku, jak również winnica rodziny Coppola z muzeum znanego reżysera F.F. Coppoli.


Replika zameczku robi duże wrażenie - to nie tylko kopia architektoniczna, ale i wykorzystanie podobnych do oryginalnych materiałów oraz próba oddania atmosfery poprzez zwierzęta hodowlane (kozy, kury, krowy itp.) i roślinność ("stare" oliwki, toskańskie cyprysy itp.).

Nieco więcej informacji oraz zdjęć w poprzednim poście nt. winnic w Kalifornii.

Muzeum BlackHawk i Diabelska Góra

U podnóża Diabelskiej Góry (Mount Diablo), w niewielkiej miejscowości Danville, na skraju centrum handlowego znajduje się ciekawe muzeum zawierające iście amerykańską mieszankę: zabytkowe, błyszczące samochody, świat dzikiego zachodu oraz afrykańską sztukę:


Na terenie centrum handlowego znajduje się kolektywna galeria sztuki, z której w rejestracji jest tylko jedno ujęcie, gdyż okazało się, że nie wolno tam filmować. W galerii znajdowało się dwóch starszych panów (grubo po 60-tce), którzy należeli do zespołu artystów prowadzących tę galerię i wystawiających tu swoje prace na pokaz i na sprzedaż. Gdy zapytałem ich, czy można pofilmować, otrzymałem odpowiedź, że niestety nie, gdyż przyjeżdżają Azjaci i kopiują ich prace... Obejrzałem wystawione tam prace i nie bardzo mi się chciało wierzyć, że akurat w tej dziurze Azjaci mają coś do kopiowania. Podczas gdy w dużych miastach (jak np. San Jose) w komercyjnej galerii, jak również w Instytucie Sztuki Współczesnej można filmować do woli. Nie wspominając o Muzeum Sztuki Współczesnej w San Francisco, czy Getty Museum w Los Angeles. Ech, jakże podobna jest wszędzie prowincja...

piątek, 19 października 2018

Yosemite (Park Narodowy) i Mariposa Grove

Relacja z jednodniowego wypadu do Parku Narodowego Yosemite i jednej z ciekawszych tam tras do wodospadu. Na terenie Parku Yosemite jest też Mariposa Grove - zbiorowisko dużych, wiekowych sekwoi.


Posiadłość W. Hearsta i Wybrzeże Pacyfiku


Posiadłość W. Hearsta - znanego chyba głównie dzięki filmowi Orsona Wellesa "Obywatel Kane" - jest obecnie jedną z ciekawszych atrakcji turystycznych Kalifornii. Potem można skoczyć nad Pacyfik, gdzie jest ulubiona plaża słoni morskich i wrócić na północ malowniczą nadmorską "jedynką". Część tej drogi była zniszczona przez lawiny błotne, więc udostępniona została droga przez bazę NATO, żeby dostać się na wybrzeże z okolic posiadłości Hearsta.



sobota, 14 lipca 2018

Kilka słów o San Francisco

Znamy San Francisco z różnych filmów, znamy też z piosenki Golec Łorkiestra (że było klepisko, a będzie San Francisko). Natomiast jak się tu człowiek znajdzie, to raczej wątpi, żeby w tak pofałdowanym i wietrznym terenie mogło być wcześniej sensowne klepisko. Jak twierdzi Wikipedia, w 1776 roku Hiszpanie na ziemiach ludu Ohlone założyli fort, a następnie misję imienia św. Franciszka z Asyżu. Indianie Ohlone, podobnie jak większość Indian kalifornijskich, byli ludem zbieracko-łowieckim, więc klepisko było im raczej niepotrzebne i nieznane. No ale francisko rymuje się z klepisko i w taki oto sposób kultura popularna przyczynia się do błędnych skojarzeń (przynajmniej w moim przypadku skojarzenie klepisko-san francisko zostało wyprostowane dopiero po przyjeździe tutaj). Ale zostawmy tak dalekie dygresje i skupmy się na bliższych. Zauważyłem na obszarze San Francisco wielu potencjalnych potomków Indian Ohlone parających się fachem zbieracko-łowieckim: grzebią w koszach na śmieci, usiłują złowić parę groszy na przeżycie albo koczują w parkach, na ławkach, czy na molach (liczba mnoga, bo w SF jest niejedno fajne molo, czyli w lokalnym dialekcie: pier). Nie są groźni dla turystów (przynajmniej za dnia), jeśli stosować się do porad z przewodników turystycznych, żeby ich zupełnie ignorować. Chodzi oczywiście o bezdomnych, którzy zaniedbani, ogorzali i chodzący z błędnym spojrzeniem, mamrocząc coś niezrozumiałego do siebie mogą przypominać Indian w transie po spożyciu ziół od szamana. Zioło jest akurat w Kalifornii legalne i egalitarne - czuć je zarówno przy grupkach bezdomnych, jak i w ekskluzywnych dzielnicach miast.
To ciekawe, że San Francisco - jakby z duchem swego patrona - przygarnia wszelkie zwierzątka. I - nie przejmując się poprawnością polityczną - owe zwierzątka, to są w tym przypadku bezdomni. I nie chodzi mi o to, że Indian porównuję ze zwierzątkami, tylko, że bezdomni to tutaj kategoria gorsza niż zwierzątka domowe. Przypuszczam, że jest ich w San Francisco więcej niż wszelkich kotków, piesków i świnek razem wziętych. Ale nie jest to chyba reprezentatywne dla całej Ameryki, bo SF słynie z tego, że jest bardzo przyjazne dla bezdomnych, więc ściągają tutaj jak do jakiejś swojej mekki (taki mają tu klimat). Jest w SF wiele miejsc, gdzie otrzymują bezpłatną pomoc (w tym także medyczną) i nie widziałem, żeby policja ich przeganiała z trawników, z ławek w parkach, czy ze wspomnianych już mól lub deptaków. Trzy światy - turyści, lokalsi i bezdomni - funkcjonują bezkolizyjnie i harmonijnie. Przynajmniej za dnia, bo w przewodnikach dla turystów są podane dzielnice, gdzie po zmroku lepiej się nie zapuszczać. Jedną z nich jest dzielnica Tenderloin (pol. polędwica, u nas raczej nie kojarzy się negatywnie, ale tam z łapówkami, przekrętami itp.), jednakże spacerując nawet za dnia bocznymi uliczkami sąsiadującej z Tenderloin dzielnicy Chinatown miałem pewne obawy, czy zaraz nie wyskoczy z ciemnego zaułka jakiś Brus Li, żeby pozbawić mnie kamery i portfela. I wyskoczył, ale na szczęście tylko na ściennym muralu. Tak - przy głównej ulicy Chinatown jest duży mural z Brusem Li i wszyscy skośnoocy robią sobie przy nim zdjęcia. A bladolicy i prostoocy robią zdjęcia swoim dzieciom grającym razem z chińskimi ulicznymi muzykami.
Wspomniałem na początku o bezdomnych, bo nie sposób ich nie zauważyć i nie wspomnieć pisząc kilka słów o San Francisco. To oczywiście oddzielny świat rządzący się swoimi regułami i można by niejedną pracę doktorską zrobić na podstawie samych tylko obserwacji tych ludzi wypchniętych przez (bądź co bądź niejako) rozwiniętą cywilizację na margines.Trudno przejść nad bezdomnymi do porządku dziennego, ale 300-milionowy naród przechodzi, a nawet nasz 38-milionowy przechodzi, więc trzeba się dostosować. W każdym razie tutaj wyglądają, jak z zupełnie "innego filmu", jak jakieś popsute roboty (skrót SF może się więc kojarzyć z science-fiction).
Natomiast wracając do SF, jako San Francisco, to miasto to ma nieco więcej mieszkańców niż taki np. Kraków (prawie 900 tys.), natomiast obszarowo jest od miasta Kraka trzy-krotnie mniejsze. Co prawda nie ma rzeki, ale ponieważ leży na półwyspie między zatoką, a Pacyfikiem, to ma dość długą i urozmaiconą linię brzegową.
W odległości ok. 3,5 mili od brzegu SF mamy wysepkę z wszystkim znanym więzieniem Alcatraz.
Gdy Alcatraz było więzieniem, to dość trudno się było z niego wydostać. Natomiast teraz, gdy jest muzeum, to niełatwo się tam dostać. Jeśli ktoś chce odwiedzić to miejsce, to powinien wykupić bilet do Alcatraz zaraz po otrzymaniu wizy amerykańskiej, bo bilety są wyprzedane kilka miesięcy do przodu.
Z innymi atrakcjami nie ma aż takiego problemu - most Golden Gate jest otwarty całą dobę (tylko trzeba się ciepło ubrać, bo strasznie tam wieje).
Chociaż nie wiem, dlaczego akurat ten most jest tak popularny, gdyż niedaleko jest Oakland Bay Bridge, który jest znacznie dłuższy i dwupoziomowy!
Ale Golden Gate Bridge występował w wielu filmach no i jest chyba położony bardziej malowniczo:
San Francisco, to także ciekawa architektura
Widoczne na zdjęciu SFOMA, to muzeum sztuki współczesnej (w znaczeniu bardzo nowożytnej - powiedzmy od "Fontanny" Marcela Duchampa). No bo to przecież stosunkowo młody naród.
Pollockk
Jeff Koons - Michael Jackson and Bubbles (1988)
No ale więcej ludzi jest na różnych molach
Na krańcach mola widać Chińczyków łowiących ryby. Natomiast nie wszystkie ryby są tutaj zalecane do spożycia:
Przy jednym z nadbrzeży mamy okręt, który uczestniczył w lądowaniu w Normandii
i zaraz obok okręt podwodny, którym można odbyć wycieczkę w głębiny.
Ale nie da się ukryć, że tu wciąż wykorzystują Murzynów! 😉
Na zdjęciu tego nie widać, ale ten kosiarz, to Afroamerykanin.
Pisząc o San Francisco nie sposób nie wspomnieć o Golden Gate Parku, który ma ciekawą roślinność i wiele różnych atrakcji począwszy od spoglądającego na Pacyfik holenderskiego wiatraka
przez ogród botaniczny, palmiarnię i ogród japoński
San Francisco - Japanese Tea Garden
Jest też ciekawe muzeum (Academy of Sciences) oraz muzeum sztuki współczesnej
Jest to jeden z największych parków miejskich w USA.
Dużo można by jeszcze napisać o San Francisco, bo to bardzo ciekawe, różnorodne miasto, chlubiące się liberalnym, akceptującym wszelką odmienność środowiskiem i prawodawstwem. To tutaj powstała pierwsza w USA dzielnica LGBT (gay district Castro - nazwa pochodzi od głównej ulicy Castro, ale nie chodzi o kubańskiego Castro, tylko o meksykańskiego działacza wolnościowego Jose Castro z I połowy XIX wieku).
San Francisco - gay district Castro Wszędzie jest pełno kolorowych flag, znaków i plakatów, nawet pasy na przejściu dla pieszych są tu w kolorach tęczy. Przybysz z dość konserwatywnego europejskiego kraju może poczuć się w takiej dzielnicy nieco dziwnie. Zdziwiło mnie na przykład to, że widząc idących ulicą dwóch facetów zastanawiam się, czy stanowią parę, czy to tylko znajomi (nie zauważyłem, żeby manifestowano tu publicznie związki).

poniedziałek, 9 lipca 2018

Silicon Valley, czyli Krzemowa Dolina

Będąc w San Jose - stolicy tzw. Krzemowej Doliny (ang. Silicon Valley) - wypadałoby odwiedzić jakieś kluczowe dla jej historii i teraźniejszości miejsca. Piszę "tzw.", gdyż produkcja bazujących na krzemie układów scalonych już dawno wywędrowała do Azji. Co tutaj zostało? Myśl techniczna (patenty) i innowacyjny ferment, przebojowi i odważni ludzie, których startupy wyszły z przydomowych garaży w małych miejscowościach, jak Los Altos (gdzie dwóch Stevów składało swoje pierwsze Macintoshe), Menlo Park (Google działało tam w garażu dopóki 7-osobowa firma przestała się tam mieścić), czy Palo Alto, gdzie przy prywatnym domu widnieje tablica informująca, że właśnie ten garaż, gdzie David Packard and William Hewlett opracowali swoje pierwsze "elektroniczne" produkty w 1938 roku, to narodziny Krzemowej Doliny.
 Ten zielony garaż po lewej - tam rozpoczęła się historia tzw. Krzemowej Doliny.
367 Addison Ave., Palo Alto, CA, USA
 Natomiast Steve Jobs i Steve Wozniak stworzyli pierwsze 50 komputerów Apple-1 tutaj:
Apple garage - 2066 Crist Dr, Los Altos, CA, USA
Google Garage - 232 Santa Margarita Ave, Menlo Park, CA, USAGoogle Garage - 232 Santa Margarita Ave, Menlo Park, CA, USAPoczątki Google'a były natomiast w garażu wynajętym przez Larry'ego Page i Sergey'a Brin'a od ówczesnej szefowej YouTube Susan Wojcicki, która potrzebowała kasy na spłatę hipoteki swojego domu.


Teraz Google ma potężny campus w Mountain View z darmowymi rowerami dla pracowników, a przed siedzibą firmy ciągle jakieś grupki turystów robią sobie zdjęcia.
Amphitheatre Pkwy, Mountain View, CA, USA
Natomiast Apple załatwił sobie własną nazwę ulicy (Infinite Loop), przy której ma swoją nową siedzibę oraz najbardziej "trendy" sklepik z wszystkimi nowościami.
1 Infinite Loop, Cupertino, CA, USA
Facebook również załatwił sobie nazwę ulicy - z dość intrygujących powodów siedziba mieści się przy ulicy Hakerów (1 Hacker Way). Tutaj - podobnie jak przy siedzibie Google - ustawia się kolejka do zdjęcia przy firmowej tablicy. Co ciekawe - na odwrocie tablicy widać logo Sun Microsystems, gdyż FB przejął miejsce po tej firmie.

Natomiast firmę tę wykupiło jakiś czas temu Oracle, które jest w kilku miejscach Krzemowej Doliny. Duży campus jest w Redwood City.
Oracle, Redwood City, CA
 Tam jest zacumowany imponujący trimaran USA 17 - zwycięzca America's Cup 2010.
Oracle, Redwood City, CA
Niedawno wykupiona została także (po 20 latach niezależnej działalności) inna znana firma z Krzemowej Doliny - Yahoo! Przejął ją amerykański operator telekomunikacyjny Verizon Inc., który zamierza scalić Yahoo! z należącym do niego AOL w jedną firmę Oath.
Siedziba Yahoo Inc. - 701 First Ave, Sunnyvale, CA, USA

Z firm "nowej fali" warto wymienić firmę Mozilla, która ma swoją siedzibę w Mountain View. Mozilla nie działa dla zysku, więc pracownicy chociaż nie zarabiają najlepiej, to mają tam bardzo dobrze (darmowe śniadania, lunche, napoje, owoce etc.).
331 E Evelyn Ave, Mountain View, CA, USA

Zapewne nie byłby możliwy tak dynamiczny rozwój Krzemowej Doliny, gdyby nie znajdujący się tu Stanford University, który stanowi właściwie małe miasteczko położone zaraz obok Palo Alto i Menlo Park. Jest tak rozległy, że kursują po nim autobusy.
Stanford University, CA, USA Znany kościółek (w stylu amerykańskiego renesansu) postawiony ku pamięci Lelanda Stanforda przez jego żonę:
Stanford University, CA, USA
 Na dziedzińcu uniwersytetu jest grupa rzeźb Auguste Rodina, jest też w innym miejscu oddzielny ogród różnych rzeźb Rodina.
Stanford University, CA, USA
Przykładem firmy, która powstała bardziej z myśli technicznej niż biznesowej może być Intel, który w tym roku świętuje półwiecze istnienia. Jednym z założycieli tej firmy był Robert Noyce - autor kilkunastu patentów kluczowych dla powstania układów scalonych.
Intel - 2200 Mission College Blvd., Santa Clara, CA, USA
 W tym samym budynku mieści się Intel Museum prezentujące historię komputerów, jak również rozwój i osiągnięcia firmy.
Intel Museum - 2200 Mission College Blvd., Santa Clara, CA, USA
A jak już jesteśmy przy technologiach kosmicznych, to niedaleko mamy centrum badawcze NASA (NASA Ames Research Center) z największym na świecie tunelem aerodynamicznym oraz niewielkim muzeum w specjalnym namiocie.
NASA Ames Research Center Museum - Moffett Blvd/NASA Parkway, Mountain View, CA, USA
 A w namiocie same kosmiczne rzeczy - skafandry, sondy, różne makiety, wnętrze stacji kosmicznej itp. itd. a nawet kawałek skały z Księżyca.
Moonrock in NASA Ames Research Center Museum - Moffett Blvd/NASA Parkway, Mountain View, CA, USA
W sklepiku sprzedają pojemniczki z piaskiem z Marsa, ale się nie skusiłem.

czwartek, 5 lipca 2018

Kalifornijskie winnice

Kalifornia ma świetny klimat do produkcji win, bo jest tam stabilne nasłonecznienie, ma też urozmaicone pofałdowanie terenu, więc przemysł ten rozwija się tam bardzo dobrze. Nie wiem, jak jest z glebami, ale na to też pewnie mają swoje sposoby. 😉 Najbardziej znane tereny to oczywiście Napa Valley oraz leżąca zaraz obok Dolina Sonoma.
O tym, że Kalifornijskim winiarzom udało się skutecznie wypromować (przynajmniej wewnętrznie) swoje produkty może świadczyć fakt, iż jeszcze kilkanaście lat temu dawali popróbować swoich win za darmo, a teraz trzeba płacić za degustację od 25 do 200 dolców, a czasami więcej. Pomimo tego najbardziej popularne winnice pełne są gości, a w wielu z nich trzeba wcześniej robić rezerwację. Patrząc na rejestracje samochodów na parkingach winnic większość jest z Kalifornii, widać też auta z sąsiadujących stanów (jak Oregon, czy Nevada), ale są też goście z bardziej odległych stanów (jak Rhode Island, Texas, Ohio, Floryda).
Oczywiście nie kończy się na próbowaniu kilku rodzajów wina, ale trzeba też coś przekąsić, no i odwiedzić sklepik z pamiątkami. Każda porządna winnica ma wiele różnego rodzaju gadżetów od tradycyjnych (koszulki, czapeczki, otwieracze do wina, kubki, kieliszki), przez wydawnictwa, czy własne naczynia, ciuchy i biżuterię. I to na poziomie i w asortymencie, którego nie powstydziłoby się biuro promocji sporego europejskiego miasteczka. Jednakże to zapewne nie wystarcza, żeby przyciągać gości, więc każda winnica stara się czymś (poza własnym winem) wyróżnić, żeby było nie tylko co wypić, zjeść i kupić, ale także obejrzeć i porobić selfie! Przecież teraz jak czegoś ciekawego nie wrzuci się na FB, to wyjazd się nie liczy 😉
I tak mamy tutaj dość tradycyjne budynki z ogrodami, jak Domaine Carneros w miejscowości Napa, zainspirowany podobno XVIII-wiecznym francuskim Château de la Marquetterie w Szampanii z salonem w stylu Ludwika XV,
Domaine Carneros, Napa, CA
Domaine Carneros, Napa, CA
czy winnica rodziny Beringer, która przybyła w 1875 roku z Niemiec i założyła swoje winnice w kilku miejscach doliny Napa (m.in. w miejscowości St. Helena).
BERINGER VINEYARDS
Mapkę tej winnicy zamieszczam nie dlatego, żebym jakoś ich specjalnie promował, tylko przykładowo (jedyna, jaką udało mi się łatwo znaleźć).
BERINGER VINEYARDS Po budynku chyba widać "germańskie sentymenty", a pod drzewem na pierwszym planie jest ciekawa tablica potwierdzająca, że to drzewo już tu stało, gdy uchwalano amerykańską konstytucję w 1787 roku. Ale nie podają, jaki to gatunek drzewa niestety...
Stare drzewoBERINGER VINEYARDS
Niektóre winnice nawiązują do świata sztuki, jak np. Artesa (również w Napa):
Artesa, Napa, California
Budynek jest ukryty w zboczu góry, wokoło rzeźby, fontanny i wietrzyk przynoszący orzeźwienie w skwarny dzień.
Są też bardziej "fikuśne" winnice, w których doszukać się można różnych wpływów europejskich. Sami oceńcie z czym Wam się kojarzy styl winnicy Quixote (również w Napa, nazwa oczywiście nawiązuje do Don Kichote'a).
Najbardziej mnie zaintrygowała (chociaż pewnie można się było tego spodziewać) winnica rodziny Coppola firmowana przez Francisa F. Coppolę (Francis Ford Coppola Winery) w miejscowości Geyserville. Nota bene nazwa tej miejscowości nie bez powodu nawiązuje do... gejzerów, gdyż tamte okolice (np. miejscowość Calistoga) słyną z gorących źródeł.
Sam budynek (czy właściwie kompleks budynków z basenem i amfiteatrem) nie robi dużego wrażenia, tylko to, co jest w środku. Winnica jest jakby tylko "przystawką" do Muzeum Reżysera oraz jego restauracji i hotelu z basenem. Oczywiście żartuję, bo widać, że to porządna, profesjonalna winnica, tylko w tym całym zamieszaniu wewnątrz budynków samo wino zdaje się schodzić na dalszy plan (filmowy 😉).
Poza "gablotą" jak na zdjęciu, mamy tu gabloty tematyczne dotyczące różnych filmów, sylwetki reżysera oraz zdobytych przez niego nagród, które wszystkie stoją dumnie razem (oskary, złote globy, złote lwy i inne takie). Jest biurko, które "grało" w Ojcu Chrzestnym, jak również klaps z Czasu Apokalipsy.
A wszystko to w otoczeniu różnych krzewów winorośli oraz pasm górskich (Northern Coast Ranges) w oddali.