To ciekawe, że San Francisco - jakby z duchem swego patrona - przygarnia wszelkie zwierzątka. I - nie przejmując się poprawnością polityczną - owe zwierzątka, to są w tym przypadku bezdomni. I nie chodzi mi o to, że Indian porównuję ze zwierzątkami, tylko, że bezdomni to tutaj kategoria gorsza niż zwierzątka domowe. Przypuszczam, że jest ich w San Francisco więcej niż wszelkich kotków, piesków i świnek razem wziętych. Ale nie jest to chyba reprezentatywne dla całej Ameryki, bo SF słynie z tego, że jest bardzo przyjazne dla bezdomnych, więc ściągają tutaj jak do jakiejś swojej mekki (taki mają tu klimat). Jest w SF wiele miejsc, gdzie otrzymują bezpłatną pomoc (w tym także medyczną) i nie widziałem, żeby policja ich przeganiała z trawników, z ławek w parkach, czy ze wspomnianych już mól lub deptaków. Trzy światy - turyści, lokalsi i bezdomni - funkcjonują bezkolizyjnie i harmonijnie. Przynajmniej za dnia, bo w przewodnikach dla turystów są podane dzielnice, gdzie po zmroku lepiej się nie zapuszczać. Jedną z nich jest dzielnica Tenderloin (pol. polędwica, u nas raczej nie kojarzy się negatywnie, ale tam z łapówkami, przekrętami itp.), jednakże spacerując nawet za dnia bocznymi uliczkami sąsiadującej z Tenderloin dzielnicy Chinatown miałem pewne obawy, czy zaraz nie wyskoczy z ciemnego zaułka jakiś Brus Li, żeby pozbawić mnie kamery i portfela. I wyskoczył, ale na szczęście tylko na ściennym muralu. Tak - przy głównej ulicy Chinatown jest duży mural z Brusem Li i wszyscy skośnoocy robią sobie przy nim zdjęcia. A bladolicy i prostoocy robią zdjęcia swoim dzieciom grającym razem z chińskimi ulicznymi muzykami.
Wspomniałem na początku o bezdomnych, bo nie sposób ich nie zauważyć i nie wspomnieć pisząc kilka słów o San Francisco. To oczywiście oddzielny świat rządzący się swoimi regułami i można by niejedną pracę doktorską zrobić na podstawie samych tylko obserwacji tych ludzi wypchniętych przez (bądź co bądź niejako) rozwiniętą cywilizację na margines.Trudno przejść nad bezdomnymi do porządku dziennego, ale 300-milionowy naród przechodzi, a nawet nasz 38-milionowy przechodzi, więc trzeba się dostosować. W każdym razie tutaj wyglądają, jak z zupełnie "innego filmu", jak jakieś popsute roboty (skrót SF może się więc kojarzyć z science-fiction).
Natomiast wracając do SF, jako San Francisco, to miasto to ma nieco więcej mieszkańców niż taki np. Kraków (prawie 900 tys.), natomiast obszarowo jest od miasta Kraka trzy-krotnie mniejsze. Co prawda nie ma rzeki, ale ponieważ leży na półwyspie między zatoką, a Pacyfikiem, to ma dość długą i urozmaiconą linię brzegową.
W odległości ok. 3,5 mili od brzegu SF mamy wysepkę z wszystkim znanym więzieniem Alcatraz.
Gdy Alcatraz było więzieniem, to dość trudno się było z niego wydostać. Natomiast teraz, gdy jest muzeum, to niełatwo się tam dostać. Jeśli ktoś chce odwiedzić to miejsce, to powinien wykupić bilet do Alcatraz zaraz po otrzymaniu wizy amerykańskiej, bo bilety są wyprzedane kilka miesięcy do przodu.
Z innymi atrakcjami nie ma aż takiego problemu - most Golden Gate jest otwarty całą dobę (tylko trzeba się ciepło ubrać, bo strasznie tam wieje).
Chociaż nie wiem, dlaczego akurat ten most jest tak popularny, gdyż niedaleko jest Oakland Bay Bridge, który jest znacznie dłuższy i dwupoziomowy!
Ale Golden Gate Bridge występował w wielu filmach no i jest chyba położony bardziej malowniczo:
San Francisco, to także ciekawa architektura
Widoczne na zdjęciu SFOMA, to muzeum sztuki współczesnej (w znaczeniu bardzo nowożytnej - powiedzmy od "Fontanny" Marcela Duchampa). No bo to przecież stosunkowo młody naród.
No ale więcej ludzi jest na różnych molach
Na krańcach mola widać Chińczyków łowiących ryby. Natomiast nie wszystkie ryby są tutaj zalecane do spożycia:
Przy jednym z nadbrzeży mamy okręt, który uczestniczył w lądowaniu w Normandii
i zaraz obok okręt podwodny, którym można odbyć wycieczkę w głębiny.
Ale nie da się ukryć, że tu wciąż wykorzystują Murzynów! 😉
Na zdjęciu tego nie widać, ale ten kosiarz, to Afroamerykanin.
Pisząc o San Francisco nie sposób nie wspomnieć o Golden Gate Parku, który ma ciekawą roślinność i wiele różnych atrakcji począwszy od spoglądającego na Pacyfik holenderskiego wiatraka
przez ogród botaniczny, palmiarnię i ogród japoński
Jest też ciekawe muzeum (Academy of Sciences) oraz muzeum sztuki współczesnej
Jest to jeden z największych parków miejskich w USA.
Dużo można by jeszcze napisać o San Francisco, bo to bardzo ciekawe, różnorodne miasto, chlubiące się liberalnym, akceptującym wszelką odmienność środowiskiem i prawodawstwem. To tutaj powstała pierwsza w USA dzielnica LGBT (gay district Castro - nazwa pochodzi od głównej ulicy Castro, ale nie chodzi o kubańskiego Castro, tylko o meksykańskiego działacza wolnościowego Jose Castro z I połowy XIX wieku).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz