Na pacyficznym wybrzeżu jest generalnie bardzo wietrznie, więc raczej trudno tam o upał. Natomiast ciągnące się wzdłuż wybrzeża góry zatrzymują chmury i chłodne masy powietrza powodując, że już kilkadziesiąt kilometrów w głąb lądu (np. w San Jose) panuje upał, podczas gdy w San Francisco trzeba się ubierać warstwowo.
Wspominany wcześniej zamek Hearsta przynależy do nadmorskiej miejscowości San Simeon, która znajduje się mniej więcej w połowie drogi między San Francisco i Los Angeles. Stamtąd jest bardzo blisko do miejsca, gdzie zwykły się wylegiwać na plaży morskie słonie - faktycznie była tam cała kolonia jak na zawołanie:
Miejsce to (Elephnat Seal Vista Point) znajduje się przy stanowej jedynce (Hwy no. 1) ciągnącej się wzdłuż wybrzeża (podobno to jedna z najbardziej malowniczych autostrad na świecie), którą można by pomknąć aż do San Francisco. Można by, ale teraz się nie da, bo osuwiska błotne uszkodziły drogę na przestrzeni prawie 10 km i będą ją naprawiać do końca września br. Więc trzeba było pojechać objazdem, który najpierw prowadził przez... wojskowy poligon, a potem przez malownicze pasmo górskie Santa Lucia:
Właśnie gdyby nie te chmury, to Pacyfik byłby widoczny z Zamku Hearsta.
Najbardziej znane miejsce tej trasy to Big Sur:
Jadąc "jedynką" na północ mijamy malowniczy park miejski Point Lobos, gdzie znajduje się zatoka wielorybnicza, która ma swoją długą historię. Malownicze jest nie tylko wybrzeże
ale również bardzo urozmaicona roślinność.
A'propos roślinności, to występuje tu niebezpieczna dębina, przed którą ostrzegają widoczne w wielu miejscach szlaków spacerowych tablice.
Podobno wystarczy otrzeć się o liście, zabrać na ubraniu krople toksycznego płynu i potem w domu się do tego dotknąć, żeby dostać wysypki, bąbli lub innych nieprzyjemnych reakcji. Oczywiście jeśli jest się uczulonym na toksynę tego krzewu.
Jadąc dalej tym "hajłejem" przejeżdżamy przez miejscowość Carmel. Jest to dość ekskluzywna nadmorska miejscowość pełna komfortowych domków i dużych samochodów. Najbardziej jednak słynie chyba z tego, że mieszka tam Clint Eastwood. Swego czasu był nawet burmistrzem. Nie da się obejrzeć jego domku, bo jest na zamkniętym osiedlu.
Trasa nr. 1 odbija tutaj od wybrzeża, ale jeśli nieco z niej zboczymy, to zawitamy do pocztówkowego Pacific Grove, gdzie mamy - dla odmiany ;) - malownicze wybrzeże (w tym ładne i uczęszczane plaże) oraz ekskluzywne domki. Poza turystycznym jest tu też bogate życie w wodzie i na lądzie.
W końcu docieramy do Monterey, gdzie jest słynne akwarium (Monterey Bay Aquarium). Miasteczko nie jest ani tak duże, ani tak popularne, jak np. San Francisco, ale ma swój kameralny urok. Dawniej było to ważne centrum rybackie (sardynkowa stolica świata) z dużymi zakładami przetwarzającymi złowione ryby i pakującymi je do puszek. Cannery row, to główna ulica nadbrzeżna i jednocześnie tytuł dziejącej się tam powieści Johna Steinbecka. Pisarzowi postawiono oczywiście przy tej ulicy pomnik, zresztą jej nazwa pochodzi od tytułu książki (zmieniono ją w 1958 roku, wcześniej nazywała się Ocean View Avenue).
Będąc bardzo krótko w Monterey moją uwagę zwróciła duża liczba przejeżdżających przez miasteczko "harlejowców". Zresztą wszystkie motocykle, jakie tam widziałem (przejeżdżające lub zaparkowane), to były maszyny Harley-Davidson. Może jest to związane z tym, że w Monterey jest spory sklep firmowy H-D? Nie omieszkałem zajrzeć i gdyby akurat miał na zbyciu 14 tysięcy baksów, to pewnie bym zakupił takie cacko ;)
Na koniec smaczek - kulinarny i filmowy - w każdym razie dla mnie zaskoczenie, że fikcja z filmu zmaterializowała się w realu. Pamiętacie jaką sieć restauracji założył Forrest Gump z czarnoskórym kolegą Bubba? Tak - Bubba Gump Shrimp CO. et voilà! - oto mamy taką restaurację w Monterey (i nie tylko tam):
To trochę, jakby po filmie Star Wars zaczęli sprzedawać prawdziwe miecze świetlne (a nie jakieś plastikowe atrapy na bateryjki paluszki).
piątek, 29 czerwca 2018
środa, 27 czerwca 2018
American Dream
W sumie nie dziwię się, że Amerykanie zrobili muzeum (pomnik właściwie) "amerykańskości" z ekskluzywnego domku letniskowego magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta. I nie dziwię się, że Orson Welles zrobił o nim film. Bo mamy tu kwintesencję amerykańskiego marzenia, które się udało zrealizować. W sporej części przynajmniej... albo właśnie możliwość ciągłej realizacji marzenia (droga, a nie cel), to jest ten "American Dream". Jak zdobywanie dzikiego Zachodu, czy gorączka złota. Hearst budował swój "eklektyczny zamek" przez prawie 30 lat lat i może budowałby go do końca swojego życia niezależnie od tego, ile by ono trwało. Podobno określał siebie jako "budowniczego" (builder), czyli miał potrzebę powoływania do istnienia nowych rzeczy (zamek z klocków lego, jakiego jeszcze nie było jest na pewno nową rzeczą). Zamek Hearsta jest taki, jakim go właściciel pozostawił - niedkończony. Pewnie nikt nie ośmielił się kontynuować jego dzieła. Pospiesznie, surowo otynkowane mury zaplecza zamku kontrastują z barokowym niemalże przepychem części frontowej spoglądającej na wille, ogrody, fontanny i basen Neptuna w stylu antycznym. W dopracowane naśladownictwo wkomponowane są antyczne rzeźby przywożone z Europy, gdyż w tamtym okresie szalał kapitalizm, a ochrona zabytków była w powijakach. Hearst sprowadzał z Europy nie tylko antyczne rzeźby, ale i średniowieczne arrasy, meble, obrazy, a nawet drewniane sklepienia, czy kompletny wystrój kościołów. Z takich klocków zbudował swój zamek.
Jednakże ów American Dream, to nie jest ten zamek, czy wystawne życie, jakie w nim prowadził, ale historia Hearsta i droga jego rodziny do bogactwa.
A'propos bogactwa, to wybudowanie zamku kosztowało 6,5 mln ówczesnych dolarów, zaś zakup różnych dzieł sztuki do 72 pokoi - 3,5 mln. Można sobie o tym wszystkim poczytać w internecie. W każdym razie zamek został przekazany państwu Amerykańskiemu (do utrzymywania), egzotyczne zwierzęta przyjęły różne ogrody zoologiczne, natomiast okoliczne ziemie wciąż należą do jego rodziny i wypasane jest na nich bydło. Można te ziemie (i czasem bydło) oglądać z autobusu, którym turyści są dowożeni do zespołu nieruchomości Hearsta. Jedzie się krętymi drogami ładny kawałek pod górę, a autobusy powrotne są co 5 minut. I wszystkie są prawie pełne - taki tam ruch! Oczywiście - pewnie w weekend jest dużo większy ruch niż normalnie... Oficjalne statystyki podają, że zamek odwiedza prawie 800 tys. gości rocznie.
Śródziemnomorski klimat oraz bujną roślinność Kalifornii pewnie także można by podciągnąć pod American Dream, ale to już zupełnie oddzielny temat (obecny wszakże w posiadłości Hearsta, który podobno kochał drzewa i zamiast ścinać przesadzał z placu budowy zamku w inne miejsce swojej rozległej posiadłości).
Jednakże ów American Dream, to nie jest ten zamek, czy wystawne życie, jakie w nim prowadził, ale historia Hearsta i droga jego rodziny do bogactwa.
A'propos bogactwa, to wybudowanie zamku kosztowało 6,5 mln ówczesnych dolarów, zaś zakup różnych dzieł sztuki do 72 pokoi - 3,5 mln. Można sobie o tym wszystkim poczytać w internecie. W każdym razie zamek został przekazany państwu Amerykańskiemu (do utrzymywania), egzotyczne zwierzęta przyjęły różne ogrody zoologiczne, natomiast okoliczne ziemie wciąż należą do jego rodziny i wypasane jest na nich bydło. Można te ziemie (i czasem bydło) oglądać z autobusu, którym turyści są dowożeni do zespołu nieruchomości Hearsta. Jedzie się krętymi drogami ładny kawałek pod górę, a autobusy powrotne są co 5 minut. I wszystkie są prawie pełne - taki tam ruch! Oczywiście - pewnie w weekend jest dużo większy ruch niż normalnie... Oficjalne statystyki podają, że zamek odwiedza prawie 800 tys. gości rocznie.
Spacery po zamku są tylko z przewodnikiem, a wygląda to tak (ujęcie z sali bilardowej):
Śródziemnomorski klimat oraz bujną roślinność Kalifornii pewnie także można by podciągnąć pod American Dream, ale to już zupełnie oddzielny temat (obecny wszakże w posiadłości Hearsta, który podobno kochał drzewa i zamiast ścinać przesadzał z placu budowy zamku w inne miejsce swojej rozległej posiadłości).
piątek, 22 czerwca 2018
Ameryka na pierwszy rzut oka
Problem w tym, że zostaliśmy pozbawieni możliwości świeżego oglądu Ameryki (czytaj: USA), ponieważ pełno jej mamy w filmach, które oglądamy w kinach, internecie, czy w telewizji. Nie szczędzą nam wieści zza oceanu także publiczne wiadomości obecnej (i poprzedniej) ekipy rządzącej. Więc zdawałoby się, że wszystko wiemy. A w każdym razie swoje wiemy.
Gdy jednak chcemy przekonać się namacalnie, jak tam to wszystko wygląda naprawdę, to pierwszy rzut oka pada na pytania w kwestionariuszu aplikacyjnym do wizy, przepisy dotyczące handlu ludźmi, z którymi trzeba się zapoznać (William Wilberforce Trafficking Victims Protection Reauthorization Act of 2008) i wreszcie na długą kolejkę przed Ambasadą Amerykańską, gdyż po złożeniu aplikacji wizowej i dokonaniu online stosownej (160 USD) opłaty, należy stawić się osobiście. Pytania z kwestionariusza dają do zrozumienia, że przed amerykańskim urzędnikiem trzeba się otworzyć niemalże jak przed lekarzem, któremu powierzamy swoje życie (Czy masz zaburzenia psychiczne lub fizyczne, które stwarzają lub mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa lub dobrostanu twojego lub innych? Czy posiadasz zakaźną chorobę o znaczeniu dla zdrowia publicznego, jak np. gruźlica?). W kwestionariuszu poruszane są też kwestie, o których rozmawialibyśmy z księdzem, prokuratorem, czy kumplem po pijaku. A trzeba się stawić na trzeźwo.
Czekanie w kolejce na zewnątrz trwa dłużej niż załatwianie wszystkiego wewnątrz, bo na tą samą godzinę 8 rano zapraszanych jest zapewne tyle osób, ile planują obsłużyć do lunchu. Więc jeśli wizę załatwia się zimą (żeby pojechać do USA latem), to trzeba się ciepło ubrać, bo łatwo można się w takiej kolejce przeziębić (piersiówka nie wchodzi w grę, jak wspomniałem). Po jakichś 2 tygodniach paszport z wklejoną wizą odsyłają kurierem. Teraz można załatwiać bilet. Do najbardziej popularnych wśród Polaków miast są bezpośrednie loty LOTem z Okęcia, ale jeśli chce się lecieć np. do Krzemowej Doliny (np. do San Jose), to całkiem niezłe jest oferowane przez Lufthansę połączenie z Warszawy do San Jose z przesiadką we Frankfurcie. Tylko wylot jest raniutko z Warszawy, więc ja dla pewności (autostrada jest przejezdna, dopóki jakaś ciężarówka np. z czekoladą się nie przewróci) załapałem tani nocleg w Sangate Hotel Airport (dawniej Gromada - nazwa się zmieniła, standard niezbyt, ale za to w pokoju był czajnik elektryczny).
Podczas lotu Lufthansą byłem pozytywnie zaskoczony wygodną ilością wolnego miejsca na nogi. Może dlatego, że samolot był zapełniony w 3/4 i nie musieli tak ściskać rzędów foteli? Natomiast negatywnie byłem zaskoczony zimnem w samolocie (pi... jak w Kieleckim! ale dają kocyki i poduszeczki).
W końcu nadszedł ten pierwszy rzut oka na Amerykę, pierwsze wrażenia, pierwsze zapachy. No cóż, specjalnie żadnych zaskoczeń, raczej potwierdzenie utartych stereotypów: duże samochody, szerokie hajłeje, generalnie: wolność, różnorodność, luz i wygoda, no i słoneczna Kalifornia.
Gdyby chcieć szukać trochę na siłę jakichś lekkich zdziwień, czy zaskakujących wrażeń, to:
* idąc osiedlową uliczką czuję zapach palonej marihuany - dziwne, ale uświadamiam sobie, że przecież tutaj to nie jest przestępstwo,
* kierowcy jeżdżą tu bardziej ostrożnie i kulturalnie niż u nas, ale w San Francisco trąbią częściej niż np. w Krakowie, czy Łodzi,
* dzielnica LBGT w San Francisco (tzw. Castro district) - wiedząc, że to taka dzielnica (wszędzie pełno tęczowych flag) w każdej parze mijanych facetów rozpoznaję gejów, ale nie każda para kobiet wygląda na lesbijki (?),
* kalifornijski upał zależy od miejsca i pory dnia - na przykład w San Jose ranki i wieczory są chłodne, a upalnie jest między godzinami 12, a 18, jeśli akurat nie wieje chłodny wiatr,
* natomiast w San Francisco - podobno - zimą potrafi być chłodniej niż latem i będąc na wzgórzach Twin Peaks, czy na moście Golden Gate trudno było wytrzymać w krótkim rękawku (wiał zimny wiatr),
* a sam most Golden Gate - mimo, że widziany na wielu filmach - na żywo robi naprawdę duże wrażenie! I przyciąga tłumy turystów,
* to nieprawda, że tu nie ma chodników i wszędzie trzeba jeździć samochodem - są i chodniki i drogi rowerowe, a ludzie chodzą też po zakupy, a nie tylko jeżdżą,
* automaty biletowe lokalnej kolejki kursującej przez Krzemową Dolinę mają na wyświetlaczu komunikaty w języku angielskim, hiszpańskim oraz... wietnamskim,
* najbliżsi sąsiedzi domku, w którym mieszkam u rodziny, to Azjaci i Hindusi (stosunkowo nowe osiedle wybudowane jakieś 3 lata temu),
* San Jose, to trzecie co do wielkości (prawie 1 mln. mieszkańców) miasto Kalifornii i pierwsza jej stolica po przejęciu przez USA w 1846 roku, a sama Kalifornia jest najludniejszym stanem USA (ma mniej więcej taką populację, jak Polska /przed ostatnią emigracją na Zachód/).
No to tyle by było na pierwszy rzut oka...
Gdy jednak chcemy przekonać się namacalnie, jak tam to wszystko wygląda naprawdę, to pierwszy rzut oka pada na pytania w kwestionariuszu aplikacyjnym do wizy, przepisy dotyczące handlu ludźmi, z którymi trzeba się zapoznać (William Wilberforce Trafficking Victims Protection Reauthorization Act of 2008) i wreszcie na długą kolejkę przed Ambasadą Amerykańską, gdyż po złożeniu aplikacji wizowej i dokonaniu online stosownej (160 USD) opłaty, należy stawić się osobiście. Pytania z kwestionariusza dają do zrozumienia, że przed amerykańskim urzędnikiem trzeba się otworzyć niemalże jak przed lekarzem, któremu powierzamy swoje życie (Czy masz zaburzenia psychiczne lub fizyczne, które stwarzają lub mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa lub dobrostanu twojego lub innych? Czy posiadasz zakaźną chorobę o znaczeniu dla zdrowia publicznego, jak np. gruźlica?). W kwestionariuszu poruszane są też kwestie, o których rozmawialibyśmy z księdzem, prokuratorem, czy kumplem po pijaku. A trzeba się stawić na trzeźwo.
Czekanie w kolejce na zewnątrz trwa dłużej niż załatwianie wszystkiego wewnątrz, bo na tą samą godzinę 8 rano zapraszanych jest zapewne tyle osób, ile planują obsłużyć do lunchu. Więc jeśli wizę załatwia się zimą (żeby pojechać do USA latem), to trzeba się ciepło ubrać, bo łatwo można się w takiej kolejce przeziębić (piersiówka nie wchodzi w grę, jak wspomniałem). Po jakichś 2 tygodniach paszport z wklejoną wizą odsyłają kurierem. Teraz można załatwiać bilet. Do najbardziej popularnych wśród Polaków miast są bezpośrednie loty LOTem z Okęcia, ale jeśli chce się lecieć np. do Krzemowej Doliny (np. do San Jose), to całkiem niezłe jest oferowane przez Lufthansę połączenie z Warszawy do San Jose z przesiadką we Frankfurcie. Tylko wylot jest raniutko z Warszawy, więc ja dla pewności (autostrada jest przejezdna, dopóki jakaś ciężarówka np. z czekoladą się nie przewróci) załapałem tani nocleg w Sangate Hotel Airport (dawniej Gromada - nazwa się zmieniła, standard niezbyt, ale za to w pokoju był czajnik elektryczny).
Podczas lotu Lufthansą byłem pozytywnie zaskoczony wygodną ilością wolnego miejsca na nogi. Może dlatego, że samolot był zapełniony w 3/4 i nie musieli tak ściskać rzędów foteli? Natomiast negatywnie byłem zaskoczony zimnem w samolocie (pi... jak w Kieleckim! ale dają kocyki i poduszeczki).
W końcu nadszedł ten pierwszy rzut oka na Amerykę, pierwsze wrażenia, pierwsze zapachy. No cóż, specjalnie żadnych zaskoczeń, raczej potwierdzenie utartych stereotypów: duże samochody, szerokie hajłeje, generalnie: wolność, różnorodność, luz i wygoda, no i słoneczna Kalifornia.
Gdyby chcieć szukać trochę na siłę jakichś lekkich zdziwień, czy zaskakujących wrażeń, to:
* idąc osiedlową uliczką czuję zapach palonej marihuany - dziwne, ale uświadamiam sobie, że przecież tutaj to nie jest przestępstwo,
* kierowcy jeżdżą tu bardziej ostrożnie i kulturalnie niż u nas, ale w San Francisco trąbią częściej niż np. w Krakowie, czy Łodzi,
* dzielnica LBGT w San Francisco (tzw. Castro district) - wiedząc, że to taka dzielnica (wszędzie pełno tęczowych flag) w każdej parze mijanych facetów rozpoznaję gejów, ale nie każda para kobiet wygląda na lesbijki (?),
* kalifornijski upał zależy od miejsca i pory dnia - na przykład w San Jose ranki i wieczory są chłodne, a upalnie jest między godzinami 12, a 18, jeśli akurat nie wieje chłodny wiatr,
![]() |
| San Francisco - Golden Gate Bridge |
* a sam most Golden Gate - mimo, że widziany na wielu filmach - na żywo robi naprawdę duże wrażenie! I przyciąga tłumy turystów,
* to nieprawda, że tu nie ma chodników i wszędzie trzeba jeździć samochodem - są i chodniki i drogi rowerowe, a ludzie chodzą też po zakupy, a nie tylko jeżdżą,
* automaty biletowe lokalnej kolejki kursującej przez Krzemową Dolinę mają na wyświetlaczu komunikaty w języku angielskim, hiszpańskim oraz... wietnamskim,
* najbliżsi sąsiedzi domku, w którym mieszkam u rodziny, to Azjaci i Hindusi (stosunkowo nowe osiedle wybudowane jakieś 3 lata temu),
* San Jose, to trzecie co do wielkości (prawie 1 mln. mieszkańców) miasto Kalifornii i pierwsza jej stolica po przejęciu przez USA w 1846 roku, a sama Kalifornia jest najludniejszym stanem USA (ma mniej więcej taką populację, jak Polska /przed ostatnią emigracją na Zachód/).
No to tyle by było na pierwszy rzut oka...
Subskrybuj:
Posty (Atom)














