Gdy jednak chcemy przekonać się namacalnie, jak tam to wszystko wygląda naprawdę, to pierwszy rzut oka pada na pytania w kwestionariuszu aplikacyjnym do wizy, przepisy dotyczące handlu ludźmi, z którymi trzeba się zapoznać (William Wilberforce Trafficking Victims Protection Reauthorization Act of 2008) i wreszcie na długą kolejkę przed Ambasadą Amerykańską, gdyż po złożeniu aplikacji wizowej i dokonaniu online stosownej (160 USD) opłaty, należy stawić się osobiście. Pytania z kwestionariusza dają do zrozumienia, że przed amerykańskim urzędnikiem trzeba się otworzyć niemalże jak przed lekarzem, któremu powierzamy swoje życie (Czy masz zaburzenia psychiczne lub fizyczne, które stwarzają lub mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa lub dobrostanu twojego lub innych? Czy posiadasz zakaźną chorobę o znaczeniu dla zdrowia publicznego, jak np. gruźlica?). W kwestionariuszu poruszane są też kwestie, o których rozmawialibyśmy z księdzem, prokuratorem, czy kumplem po pijaku. A trzeba się stawić na trzeźwo.
Czekanie w kolejce na zewnątrz trwa dłużej niż załatwianie wszystkiego wewnątrz, bo na tą samą godzinę 8 rano zapraszanych jest zapewne tyle osób, ile planują obsłużyć do lunchu. Więc jeśli wizę załatwia się zimą (żeby pojechać do USA latem), to trzeba się ciepło ubrać, bo łatwo można się w takiej kolejce przeziębić (piersiówka nie wchodzi w grę, jak wspomniałem). Po jakichś 2 tygodniach paszport z wklejoną wizą odsyłają kurierem. Teraz można załatwiać bilet. Do najbardziej popularnych wśród Polaków miast są bezpośrednie loty LOTem z Okęcia, ale jeśli chce się lecieć np. do Krzemowej Doliny (np. do San Jose), to całkiem niezłe jest oferowane przez Lufthansę połączenie z Warszawy do San Jose z przesiadką we Frankfurcie. Tylko wylot jest raniutko z Warszawy, więc ja dla pewności (autostrada jest przejezdna, dopóki jakaś ciężarówka np. z czekoladą się nie przewróci) załapałem tani nocleg w Sangate Hotel Airport (dawniej Gromada - nazwa się zmieniła, standard niezbyt, ale za to w pokoju był czajnik elektryczny).
Podczas lotu Lufthansą byłem pozytywnie zaskoczony wygodną ilością wolnego miejsca na nogi. Może dlatego, że samolot był zapełniony w 3/4 i nie musieli tak ściskać rzędów foteli? Natomiast negatywnie byłem zaskoczony zimnem w samolocie (pi... jak w Kieleckim! ale dają kocyki i poduszeczki).
W końcu nadszedł ten pierwszy rzut oka na Amerykę, pierwsze wrażenia, pierwsze zapachy. No cóż, specjalnie żadnych zaskoczeń, raczej potwierdzenie utartych stereotypów: duże samochody, szerokie hajłeje, generalnie: wolność, różnorodność, luz i wygoda, no i słoneczna Kalifornia.
Gdyby chcieć szukać trochę na siłę jakichś lekkich zdziwień, czy zaskakujących wrażeń, to:
* idąc osiedlową uliczką czuję zapach palonej marihuany - dziwne, ale uświadamiam sobie, że przecież tutaj to nie jest przestępstwo,
* kierowcy jeżdżą tu bardziej ostrożnie i kulturalnie niż u nas, ale w San Francisco trąbią częściej niż np. w Krakowie, czy Łodzi,
* dzielnica LBGT w San Francisco (tzw. Castro district) - wiedząc, że to taka dzielnica (wszędzie pełno tęczowych flag) w każdej parze mijanych facetów rozpoznaję gejów, ale nie każda para kobiet wygląda na lesbijki (?),
* kalifornijski upał zależy od miejsca i pory dnia - na przykład w San Jose ranki i wieczory są chłodne, a upalnie jest między godzinami 12, a 18, jeśli akurat nie wieje chłodny wiatr,
![]() |
| San Francisco - Golden Gate Bridge |
* a sam most Golden Gate - mimo, że widziany na wielu filmach - na żywo robi naprawdę duże wrażenie! I przyciąga tłumy turystów,
* to nieprawda, że tu nie ma chodników i wszędzie trzeba jeździć samochodem - są i chodniki i drogi rowerowe, a ludzie chodzą też po zakupy, a nie tylko jeżdżą,
* automaty biletowe lokalnej kolejki kursującej przez Krzemową Dolinę mają na wyświetlaczu komunikaty w języku angielskim, hiszpańskim oraz... wietnamskim,
* najbliżsi sąsiedzi domku, w którym mieszkam u rodziny, to Azjaci i Hindusi (stosunkowo nowe osiedle wybudowane jakieś 3 lata temu),
* San Jose, to trzecie co do wielkości (prawie 1 mln. mieszkańców) miasto Kalifornii i pierwsza jej stolica po przejęciu przez USA w 1846 roku, a sama Kalifornia jest najludniejszym stanem USA (ma mniej więcej taką populację, jak Polska /przed ostatnią emigracją na Zachód/).
No to tyle by było na pierwszy rzut oka...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz