Los Angeles właściwie nie powinno istnieć, gdyż powstało na pustyni i gdyby nie dostawy wody akweduktem z północy (wybudowanym w 1913 roku), nie byłoby w stanie stać się najludniejszym miastem Kalifornii i drugim w USA (po Nowym Yorku). Oczywiście, odkryte w okolicy złoża ropy naftowej z pewnością także przyczyniły się do rozwoju miasta. Jadąc autostradą widać kanały, którymi transportowana jest z północy woda do Los Angeles, bez której miasto by uschło. Podobno mieszkańcy północnej Kalifornii mają pretensje do południa, że zabiera im ten deficytowy surowiec. Walka o wodę przebija też z widocznych przy autostradzie bilboardów, na których widnieją pytania farmerów typu: "Czy naprawdę podlewanie upraw to marnowanie wody?!". Walczą w ten sposób o zwiększenie dla siebie limitów zużycia wody. Problem nie jest zresztą nowy - wątki korupcyjne związane z wodą mieliśmy w filmie Polańskiego Chinatown, którego akcja miała miejsce w Los Angeles przed wojną.
Przemysł filmowy to jedna sprawa, natomiast zarabianie na całej "otoczce" (gadgety, miejsca itp.), to przemysł równie dobrze - jeśli nie lepiej - rozwinięty (Star Wars zarobiło przecież więcej na gadgetach niż na obejrzanym filmie). Znane z filmów miejsca przyciągają turystów, wejście do "filmowego Disneylandu" (miasteczko Universal studios) kosztuje ponad 500 złotych! Po jednej z najbardziej znanych ulic Mulholland Drive jeżdżą busiki, a przewodnicy opowiadają, gdzie kto znany mieszka/ł/a, jakie filmy tu kręcono oraz anegdoty z życia gwiazd.
Co ciekawe - nazwy ulic zdają się tu być ważniejsze niż nazwy miejscowości. Sunset Boulevard, czy Mullholland Drive właśnie ciągną się kilometrami (dokładnie ok. 21 mil), zmieniają się miejscowości, a ulica zachowuje nazwę i numerację.
W najbardziej znanych miejscach, jak wyżej wspominane, czy np. Hollywood Boulevard, Venice Beach przewija się bardzo kolorowy tłum (zarówno w ubiorze, jak i barwy skóry). Wieczorem co kilkanaście kroków spotkać można prezentującego się na deptaku artystę albo leżącego na ławce lub pod palmą bezdomnego. Często można natknąć się na muzyka usiłującego wcisnąć swój CD, uzyskać adres email i jakiś datek. Zapach legalnej w Kalifornii palonej marihuany jest wszechobecny, ale niezbyt nachalny w ludnych miejscach. Generalnie nikt się niczemu nie dziwi, bo każda inność wtapia się w pulsujący energią tłum, wzbudzając życzliwe zainteresowanie, często użycie aparatu fotograficznego w smartfonie lub nawet kamery wideo. Czasem trzeba się uważnie przyjrzeć, żeby rozpoznać kto artysta, a kto świr ;)
Zbiory muzeum są bardzo różnorodne - od rzeźb, przez szkło, porcelanę, księgi i manuskryty, fotografia oraz malarstwo.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz